W pierwszym okresie wszystkie nasze wysiłki skierowane były na przekonanie społeczeństwa emigracyjnego co do celowości nowo powstałej organizacji. Chodziło też o wytworzenie dla niej odpowiedniego wizerunku. Mieliśmy poważny problem, gdyż z jednej strony majątek społeczny kontrolowany był przez emigracyjne władze i organizacje i chcąc go zaangażować w nasze projekty nie mogliśmy zbyt energicznie występować przeciw istniejącemu stanowi rzeczy, z drugiej strony by przekonać ponad stutysięczną rzeszę Polaków rozrzuconych po Wielkiej Brytanii, przechodzącą kryzys zaufania do centrali, musieliśmy się starać by POSK kojarzony był z reformami i nowym podejściem do emigracyjnej działalności. Było to nieco podobne do cyrkowych wyczynów na linie.
Robiliśmy co się da, by uzyskać zaufanie nie tylko w celowość ale i wiarygodność przedsięwzięcia. W tych początkowych dniach były to przede wszystkim wysiłki, aby zdobyć jak najwięcej znanych nazwisk i rozszerzyć grono entuzjastów gotowych do pracy. Rekrutowaliśmy zarówno indywidualne osoby, jak i organizacje. W praktyce sprowadzało się to do męczenia naszych przyjaciół, by zapisali się na członków. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach dziesięć funtów było bardzo poważną sumą, a jako argument mieliśmy właściwie jedynie nasz entuzjazm. Jeżeli chodzi o organizacje, to zaczynaliśmy od tych, do których należeliśmy i mieliśmy dostęp na ich walne zebrania.
Działaliśmy w bardzo skromnych warunkach. Biuro nasze mieściło się na czwartym piętrze budynku PUCAL'u, ponad Biblioteką Polską, Radą Akademickich Szkół Technicznych i Polskim Uniwersytetem na Obczyźnie. Winda dochodziła jedynie do trzeciego piętra i do królestwa Techników trzeba się było wspinać po stromych schodach. Niewielki pokój, kilka prostych, nieco obdrapanych stołów, krzeseł i szaf z wojennych czasów i przedpotopowa maszyna do pisania, była to domena sekretarza inż. Czesława Woyno i kancelarii w osobie pani Ganczakowskiej. Z czasem stała się to kwatera główna POSK'u. W tym początkowym okresie naprawdę trudno było odróżnić, gdzie się kończyła działalność zarządu STP, a gdzie zaczynała działalność POSK! W gruncie rzeczy z niewielkimi zmianami był to ten sam zespół.
W dni powszednie biuro POSK otwarte było codziennie. Dyżury zarządu były dwa razy na tydzień, we środy wieczorem i w soboty rano. Z reguły spotykaliśmy się we trójkę: prof. Wajda, inż. Woyno i ja. Ileż to wspomnień łączy się z tym miejscem, gdzie zawsze można było znaleźć kogoś z naszego zespołu. We wczesnych latach wpadali często inżynierowie Kazimierski, Wyrobek, Hajducki, Prus Chąciński, Płoszajski, Gabrielczyk, Sas-Skowroński, Rynkiewicz, Toczyski, by wymienić tylko kilku... Ileż tam przeżyliśmy emocji w związku z naszymi osiągnięciami i niepowodzeniami.
W 1965 roku Walne Zebranie STP powzięło uchwałę przekazania całego majątku Stowarzyszenia na POSK. Składał się on z domu przy 149 Holland Road, i drugiej nieruchomości przy 14 St. George's Drive, niedaleko Victoria Station.
Podobną uchwałę przekazania mienia na POSK powzięło Walne Zebranie PUCAL'u, gdzie członkowie STP stanowiliśmy już większość.
W ciągu następnych trzech lat POSK stopniowo zdobywał nowych członków i zaufanie społeczeństwa. Obrona i przejęcie odpowiedzialności za Bibliotekę Polską, bardzo pod tym względem pomogły.
Nie ulegało jednak wątpliwości, że przy wszystkich naszych osiągnięciach utknęliśmy w miejscu. Przeciwnicy POSK zdołali zablokować dostęp do poważniejszych funduszy Emigracji. Doszliśmy do wniosku, że teoretyzowanie na papierze nie może nikogo przekonać. Potrzebowaliśmy rzeczywistego miejsca na mapie Londynu, gdzie moglibyśmy pokazać, że tu właśnie rozpoczynamy realizację planów tworzenia Ośrodka. Musiało ono przedstawiać zalety, które oddziaływałyby na wyobraźnię ludzi. Będąc zmuszeni polegać jedynie na zgromadzonym własnym kapitale POSK, który, dzięki przekazanym majątkom STP, PUCAL'u i Instytutu Wschodniego "Reduta", bilansowo wynosił około £170 000, cena nie mogła być zbyt wysoka, co oczywiście ograniczało wybór. Obiekt musiał mieć jednak potencjalne możliwości dalszego rozwoju w wypadku zmiany nastawienia powierników mienia emigracyjnego, czy też szerszego poparcia przez społeczeństwo emigracyjne.
Zaczęliśmy więc poszukiwania. Jeżeli się chce coś znaleźć, to nie ma na to lepszego sposobu, jak osobiście obejrzeć okolice wchodzące w rachubę. Zaczęliśmy więc regularne wędrówki, Victoria, Fulham, Notting Hill... W sobotę 20 kwietnia 1968 roku wybraliśmy się z prof. Wajdą obejrzeć jak się przedstawia sytuacja na Shepherds Bush, blisko naszego nowego kościoła pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli. W okolicy nie było nic interesującego, pojechaliśmy więc na Hammersmith. Skoncentrowaliśmy się na paśmie wzdłuż torów kolejki podziemnej na zachód. Nasze poszukiwania uwieńczone zostały znalezieniem wystawionej na sprzedaż posesji przy 240-244 King Street.
Po dokładniejszym obejrzeniu okolic tego obiektu doszliśmy do wniosku, że jego położenie jest świetne dla zrealizowania naszych planów i że należy zrobić wszelki wysiłek, aby kupić go na własność. W wypadku trudności z uzyskaniem pozwolenia na używalność do celów nam potrzebnych uważaliśmy, że powinniśmy nie dawać za wygraną i uruchomić całą naszą maszynę protestacyjno-propagandową, aby pozwolenie otrzymać. Wszelkiego rodzaju obiekcje w stosunku do naszych planów w tym punkcie, miałyby bardzo słabe uzasadnienie. Byliśmy przekonani, że jeżeli tam nie dadzą nam pozwolenia to nigdzie go nie dostaniemy!
Obiekt na King Street, choć kształt terenu posesji był nieregularny i w gruncie rzeczy trudny do planowania, miał szereg zalet, włącznie z główną, że dawał możliwości rozwojowe nie tylko dla nas, ale też dla naszych ewentualnych polskich sąsiadów, którzy byliśmy przekonani od początku, że ściągną za nami.
Zdawaliśmy sobie sprawę z trudności kredytowych w tym okresie, ale było mało prawdopodobne, abyśmy coś lepszego znaleźli i w przyszłości mieli łatwiejszą sytuację kredytową, więc byliśmy zdecydowani zrobić wszystko, aby pieniądze zdobyć choćbyśmy się mieli zadłużyć na trudnych warunkach.